<title_newspaper="Gazeta Robotnicza">
<title_article="Najważniejsza zmiana">
<author_1="A. Gunia">
<language="pl"> 
<style="press"> 
<year="1954">
<month="7">
<date="1954-07-19">
<period="d">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Zaczęło się od drobnostek, a doszło do tego, że ich wspólny cel, dobytek w pierwszych miesiącach kolektywnej gospodarki zaczął po trochu maleć. Najpierw któryś ze spółdzielców będąc w Oleśnicy zgubił bat. Wrócił do Stępnia poganiając konie kijem uciętym z wierzby. Później, przy wiosennych robotach polnych zginęło chomąto. Tez jakoś wszyscy przemilczeli. Nikt się ze spółdzielców w Stępniu tym nie przejmował. Zostawiali w polu brony, pługi i inny sprzęt. Mało kto dbał o używane wspólnie narzędzia.
Dopiero kiedy któregoś dnia przewodniczący Stanisław Gniłka spostrzegł, że brak jest radełka do obsypywania ziemniaków — w spółdzielni zrobił się ruch.
- Kto mógł wziąć - pytali jeden drugiego – Komu radełko mogło być potrzebne – zastanawiali się.
Po kilku dniach znaleźli. Leżało pod szopą u Mierzwy. I odtąd, prawie każde zebranie ogólne czy posiedzenie zarządu zaczynało się od narzekań na marnotrawstwo, tylko, że... kończyło się na gadaniu, bo jeden drugiemu wytykał marnotrawstwo, a sam był nielepszy.
Zaszedł dopiero jeden, bardzo poważny wypadek, który poruszył wszystkich. Ba, niejednemu zadrasnął spółdzielczą ambicję.
Któregoś letniego dnia, narząd wysłał Stanisława Głodowieża do młyna, gdzieś aż za Oleśnicę. Głodowicz — Człek rozgarnięty szybko sprawę załatwił i zadowolony wracał do domu. Ale po drodze “napatoczyło się" dwóch przyjaciół. Akurat lunął deszcz. Głodowicz zboczył z drogi i razem z przyjaciółmi wstąpił do gospody w Borowej. Konia zostawił na szosie przed gospodą.
Jak długo tam siedział niepotrafiłby dziś powiedzieć. Tymczasem dwa zmachane i głodne po długiej drodze konie, mokły nn deszczu. Żałobnie zwiesiły łby.
Zlitował się dopiero nad nimi przechodzący tędy gospodarz z Januszkowic. Z tabliczki wywieszonej na wozie odczytał do kogo należą. Wsiadł więc na opuszczony wóz, chwycił za lejce i przyjechał do Stępnia.
Było już dość ciemno, ale w zarządzie był jeszcze księgowy Madej, przewodniczący Gniłka i kilku członków. Zdziwili się tak późnymi odwiedzinami nieznajomego gościa.
</support> 
</status> 
</period> 
</date> 
</month> 
</year> 
</style> 
</language> 
   
</author_1> 
</title_article>
</title_newspaper>